Wyprawę najlepiej organizować sobie w Sapie - miasteczku położonym w dolinie, kilkanaście kilometrów od szczytu. Miejscowe hotele/ biura turystyczne oferują wycieczki o długości od 1 do 4 dni. 1 dniowe wycieczki są oferowane baaardzo rzadko ponieważ wspinaczka i zejście z Fansinpana w ciągu jednego dnia możliwa jest praktycznie wyłącznie dla wybitnych trekerów wyposażonych dodatkowo w dobre latarki (cześć drogi w takim wypadku trzeba przebyć w lesie po zmroku). Dwudniowe wycieczki uznawane są za kondycyjnie trudne i zaleca się wybranie 3 dniowej wyprawy (może dlatego ze 3dniowe wyprawy są droższe?). Z mojego doświadczenia wynika ze wyprawa 2 dniowa rzeczywiście jest wymagająca kondycyjnie, ale osoba która regularnie chodzi po polskich górach może się jej spokojnie podjąć.
Zorganizowana, wykupiona w hotelu, 2 dniowa wyprawa kosztuje około 50$ od osoby. Oplata obejmuje przewodnika, tragarza, opłatę za wejście do parku w którym położona jest góra oraz wyżywienie (bez wody). Jeśli popytamy ludzi z lokalnych plemion handlujących na ulicach to prawdopodobnie przewodnika i tragarza uda nam się załatwić dużo taniej niż za pośrednictwem hotelu. Z moich informacji wynika ze przewodnik bierze za taka wyprawę jakieś 15$ a tragarz 8$, nie wiem ile kosztuje wejście do parku. Tragarza nie niesie naszych bagaży a jedynie wchodzące w skład wycieczkowego pakietu jedzenie, wiec nie jest on nam niezbędny, ale moim zdaniem warto go wziąć choćby po to żeby dać zarobić tym bardzo biednym ludziom. Poza tym są oni zwykle świetnymi kucharzami.
2 dniowa wyprawa startuje z okolic wodospadu położonego na wysokości około 1800 m n.p.m. Pierwszego dnia idziemy bardzo łatwą trasą przez bagniska i las deszczowy do obozu położonego na wysokości 2200 m. Sceneria jest bajkowa co widać na zamieszczonych poniżej obrazkach.



Po około 4h niezbyt męczącego marszu (czyli kolo godziny 15) docieramy do obozowiska składającego się z 2 bambusowych chatek. W obozowisku nie ma elektryczności, woda przynoszona jest wiadrami z pobliskiej rzeki a gotuje się na ognisku. Jest już za późno żeby iść na szczyt wiec możemy pokręcić się w pobliżu obozu i zjeść przygotowany przez tragarza obiad. Noce na tej wysokości bywają chłodne (przynajmniej we wrześniu), więc warto mieć ciepły śpiwór (mój "komfort +6 stopni C" był idealny).
Drugiego dnia wstajemy po 5 rano i po krótkim śniadaniu ruszamy na szczyt. Na przebycie 900 m wysokości mamy 4 godziny. Droga niemal cały czas biegnie pod górę. Idzie się przez las bambusowy brodząc po kostki w błocie. Zwykle pada deszcz, a jeśli nie pada, to woda i tak kapie na głowę z okolicznych drzew. Trasa nie wymaga specjalistycznego wyposażenia wspinaczkowego. Kilka razy trzeba wdrapać się jakieś 2-3 metry po śliskich skałach. Nie jest też gorąco. We wrześniu temperatura wynosiła jakieś 15-20 stopni, dla porównania w Hanoi było wtedy 33. Wytrwali około godziny 10 powinni zobaczyć ten oto pomnik:

Szczyt zwykle spowity jest gęstymi chmurami, więc szansa na pstryknięcie ładniej panoramki jest niewielka. Jeśli jesteśmy na 2 dniowej wyprawie nie powinniśmy spędzić na górze zbyt wiele czasu. Czeka nas jeszcze 4 godziny marszu do obozowiska i kolejne 3 godziny marszu do wodospadu, gdzie powinien czekać na nas jeep, który zabierze nas do hotelu. Noc zapada tam koło godziny 18 i osobiście nie chciałbym iść po ciemku przez bagna.
Tu parę zdań o zalecanym wyposażeniu. Trasa nie wymaga posiadania lin czy czekanów. Zalecane są buty z dobrą membraną i koniecznie podeszwą umożliwiającą chodzenie po mokrych i śliskich skałach (Vibram sprawdza się bardzo dobrze). Należy również przygotować się na przeprawy przez górskie potoki (woda po kolana), które jednak można bez obaw pokonać boso. Jeśli chodzi o spodnie to osobiście zalecam krótkie spodenki. Przez pierwsze dwie godziny szedłem w bojówkach, jednak pokryły się one szybko tak grubą warstwa ciężkiego, mokrego błota ze znacząco utrudniały marsz, wobec czego musiałem je skrócić do kolan scyzorykiem. Na górna część ciała ubrałem t-shirta z tworzywa które nie trzyma wilgoci. Na wszelki wypadek warto mieć w plecaku lekka, nieprzemakalna i oddychającą kurtkę. Przyda się wodoodporna osłona na plecak i latarka (w obozowisku nie ma światła). Koniecznie należy zabrać wodę utlenioną i opatrunek - w lesie bambusowym bardzo łatwo się o coś zaciąć! Nasz przewodnik tak pechowo nastąpił na gałązkę bambusa, że ta przebiła mu podeszwę w bucie i rozcięła stopę. Warto mieć również repelenty z dużą zawartością DEET (najlepiej 30% lub więcej). Komary w Wietnamie wydają się mniej dokuczliwe niż w Polsce (są tam na masową skalę tępione chemikaliami) ale roznoszą paskudne choroby, tak więc na wszelki wypadek zalecam spryskać się DEETem.
Ludzie z naszej części świata zwykle obawiają się jadowitych węży. W okolicach Fansipana występują one w bardzo małych ilościach gdyż jest tu dla nich za zimno. Widziałem jedynie jednego martwego węża. Miejscowi straszyli nas też pijawkami, ale nas nic nie pogryzło. Z ciekawych zwierzaków zaobserwowaliśmy ogromne latające żuki wydające dźwięk podobny do elektronicznego gwizdka.
UPDATE:
Tutaj jest link do bloga twardzieli :) którym udało się wejść na Fan Si Pana w 1 dzień:
http://gapyearinkunming.pl/2012/02/trekking-na-fansipana/
Do zapewnień Krzyśka że takie wejście to żaden problem podchodzę nieco sceptycznie, myślę że sporo zależy od pogody i ilości błota na trasie. Nam właśnie to gęste błoto po kostki dało najbardziej po dupie :)
W razie pytań piszcie:
rafalcgi@gmail.com